|
|
- Jesteśmy w środku, nie jesteśmy w stanie przeżywać traumy na scenie, bo jak wychodzimy z teatru, to trauma nas zasysa. Tkwimy wewnątrz niej. Nie jesteśmy w stanie powtarzać gestów i dźwięków inwazji, intifady, pogrzebów… Pozostaje fikcja, nośna fikcja… cokolwiek, co wygeneruje dystans do rzeczywistości, konieczny żeby ją w ogóle zobaczyć. Słuchałam przedwczoraj piosenek Mariana Hemara. Za oknem był meczet, muezin, owce, złomowisko starych samochodów, dzieci rzucające kamieniami. Piosenki z przedwojenej Polski brzmiały tutaj jak odgłosy kosmosu, dźwięki jakiejś innej cywilizacji. Może właśnie dlatego ta muzyka tak mocno działała. Postanowiłam wziąć jeden kawałek na warsztaty. Ćwiczenia odechowe, spinanie i rozluźnianie mięśni… Lekki zawrót głowy. Potem chłopcy położyli się na materacach, zgasiłam światło i na rozpiętym dużym ekranie pojawiło się morze. Minutowy, zapętlony, rozpikslowany klip nagrany z ręki, obrazek się trząsł, ale to wszystko nie miało znaczenia. Najmocniej działał powolny rytmiczny szum, falowanie dźwięku. Zamknęli oczy, leżeli, ale potem odwracali głowy w stronę ekranu żeby zobaczyć obraz. Morze to coś, co skupia wszystkie ich marzenia - o odzyskaniu własnego kraju, o wolności, plaży, przyjemności. O czymś co jest po prostu dane i nie potrzebuje troski, planu i dyscypliny, do której są niezdolni. Po parunastu minutach ściszyłam morze i weszła "Wiosna, wiosna, wiosna…“ Hemara. Niektórzy po jakimś czasie zasnęli. Nabeel spał tak mocno, że śnił. Mówił, że śniły mu się jakieś lęki. Może lęki związane z jego japońską podróżą, z wizą i paszportem, który wciąż leży w japońskiej ambasadzie w Tel Avivie i nie ma jak go odebrać… Reszty nie pytałam. Zostawiłam ich z ich snami.
|