|
|
Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest to jeszcze jedna manifestacja sugerująca, że Izrael jest w pełni demokratycznym państwem, które - proszę bardzo - pozwala na krytyczne wypowiedzi dotyczące najbardziej bolesnego tematu - izraelskiego apartheidu. A dla niepoznaki, żeby temat trochę zuniwersalizować i rozmydlić, do dania głównego dodano problemy różnych innych apartheidów, opresji, represji, traum, holocaustów, klęsk i ogólnoludzkich nieszczęść. Sztuka działa pomimo a czasem zamiast. Przeżyłam tam pół godziny najprawdziwszej radości. A to za przyczyną Wilhelma Sasnala i paru innych artystów. Nie zauważyłam nazwiska Wilhelma w spisie artystów. Kątem oka zobaczyłam jakiś przepiękny obraz. Wbiłam w niego wzrok i zamarłam. Czarno-biały, prosty, nieprawdopodobny. Cztery albo pięć kobiet idzie przez przełęcz, światło jak o zmierzchu. Kobiety widoczne są o tyłu, światło w kontrze, przed nimi, daleko, góry. Mają chustki na głowie, jakieś torby, torebki, klamoty, nie za dużo. Ni to idą, ni to stoją. Tam było wszystko - trauma i lęk przed nieznanym, niepewność, kobiecość, słabość. Mogły to być arabskie kobiety przy checkpoincie, ale i zagubione turystki w Tatrach. Obraz nie miał tytułu i to było fajne, ten znak zapytania - kto i co i dlaczego. Wilhelm, jeśli czytasz mojego bloga, wysyłam ci ukłon do ziemi. Miałam gęsią skórę na plecach.
|