|
|
Gry wideo, podobnie jak przed laty film, muzyka przed nimi, a literatura jeszcze wcześniej, stają się wtórne. Zmienia się forma, ale koncepcje, idee, cechy i rozwiązania w większości przypadków pozostają te same. Duże budżety największych produkcji rzadko lubią ryzyko, stąd sprawdzone pomysły bywają odświeżane na dziesiątki różnych sposobów, a naśladownictwo i powtarzalność opanowano do perfekcji. To, w co dzisiaj gramy, jest piękne i wybitnie dopracowane, ale rozwiązania zawarte w dzisiejszych strategiach, przygodówkach i innych role-playach znamy od dawna, wręcz dławimy się nimi. Rosną serie podobnych gier w nowych oprawach wizualnych, zwiększa się liczba platform obsługujących dany tytuł AAA, a wszystko to, co kreatywne, dzieje się trochę z boku: w mieszkaniach developerów niezależnych, w studiach skupionych na platformach mobilnych. A gdy odkopie się już wszystkie pomysły minionych dekad, to wtedy sięga się po remasteryzację. Nie oceniam, czy remasteryzacja jest zła. Bo to jest trochę tak jak z Cinemaware – niby własność intelektualna należy już do kogoś zupełnie innego, niby brak własnych rozwiązań, niby czysta komercja, ale to przecież wciąż te same hity, tylko że podane trochę bardziej na świeżo. To wciąż ten sam wspaniały wojenny klimat Wings, to wciąż ten cudownie hipnotyzujący średniowieczem Defender of the Crown. Więc czemużto mielibyśmy narzekać, kiedy nasze oczy cieszą znane od wczesnych lat dzieciństwa pikselowe scenerie, a uszy radują nuty najpiękniejszych utworów chipowych? A że odpalamy te cuda na miniaturowych telefonach, a nie na kineskopowych telewizorach? No cóż, takie czasy, trzeba iść z postępem. Remasteryzacja starych gier jest czymś, czego nie zatrzymamy.
|